sobota, 1 marca 2014

Ostatni dzwonek na bycie usłyszanym

Prawo autorskie to bodaj najczęściej i najszerzej komentowana część prawa (z przerwą na sprawy a’la mama małej Madzi, kiedy wszyscy ekscytują się prawem karnym). Nic dziwnego, regulacje te dotyczą każdego z nas – kiedy kupujemy książkę, oglądamy film w kinie lub Internecie czy uzupełniamy odtwarzacz mp3 o nowe albumy. Spora część z nas przy wykonywaniu powyższych czynności czyjeś prawa autorskie zresztą narusza. Między innymi dlatego, Komisja Europejska prowadzi obecnie konsultacje na temat zmian w prawie autorskim. A ja pragnę Państwa zachęcić do udziału w tych konsultacjach (do 5 marca 2014 roku), przekazując jednocześnie swoje zdanie na temat reformy prawa autorskiego w Europie.

 A gaunt adolescent consults a weary specialist, Carl Jose
Wellcome Library, London

Protesty w sprawie ACTA, które odbywały się ponad dwa lata temu, miały jedną cechę, na którą zwracano często uwagę. Ludzi w nich uczestniczących nie łączyło często nic, poza tą sprawą. Zwołani ad hoc przez różnorakie kanały elektroniczne, wyrażali swój sprzeciw przeciwko tej konkretnej umowie międzynarodowej. Jeśli mieliby decydować o innych rzeczach, nie doszliby do porozumienia. Reforma prawa autorskiego jest tematem o wiele bardziej złożonym, ale w tym przypadku wykazuje istotne podobieństwo. Prawa autorskie są krytykowane od lewa do prawa, z różnych pozycji i pobudek. Może to oznaczać, że potrzeba zmiany jest duża, a sam pomysł - nie do końca wypalił.

W moim przekonaniu, nie można pozbawić autorów godziwego wynagrodzenia za ich wysiłek umysłowy, a owa „godziwość” musi znajdować oparcie w jakichś miernikach, z których najprostszymi są np. liczba sprzedanych egzemplarzy dzieła, pobrań czy wyświetleń. Wynagrodzenie to musi też zakładać, że praca twórcza jest czasochłonna i wysoce niepewna, jeśli chodzi o rezultat. Ochrona musi być także rozciągnięta w czasie, choć dyskusyjnym jest czy powinna wybiegać aż tak w przyszłość, jak obecnie (70 lat po śmierci twórcy). Taka ochrona nie przysługuje de facto 99% produkowanych dziś na świecie towarów, z tej prostej przyczyny, że dużo szybciej ulegną one (samo)zniszczeniu.

Nie można natomiast zamykać oczu na istniejące problemy prawa autorskiego, których zresztą znakomitą część poruszają wspomniane konsultacje społeczne. Prawo to ewidentnie nie przystaje do gwałtownego rozwoju technologicznego ostatnich 25 lat, co znowu przyznają wszyscy – i korzystający z utworów (bo ogranicza ich w korzystaniu z tych dóbr), i zarabiający na nich (bo ich również ogranicza, ale w skutecznym pobieraniu należnego wynagrodzenia).

Stąd, wspólnie z innymi osobami zajmującymi się własnością intelektualną, z inicjatywy Kuby Daneckiego z Centrum Cyfrowego, postanowiliśmy zabrać publicznie głos w konsultacjach społecznych, mając nadzieję, że skłoni to również Państwa do wyrażenia swojego stanowiska. 

Poniżej przedstawiam swoje wypowiedzi do części z pytań zawartych w formularzu opublikowanym przez Komisję Europejską.

Prosty w obsłudze i ułatwiający nawigację formularz konsultacyjny w języku polskim znajdą Państwo TUTAJ. Strona źródłowa Komisji Europejskiej znajduje się TUTAJ.

Gorąco polecam skorzystać z realnej możliwości zabrania głosu w tej ważnej dla każdego obywatela UE sprawie. W przeciwieństwie do prostych i popularnych „protestów w social media”, ten może zostać usłyszany. A zajęcie stanowiska w kwestiach najważniejszych nie zajmie więcej czasu, niż „zalajkowanie” celnego mema na Facebooku.

A medical consultation while a patient dies
Wellcome Library, London 

1. Czy spotkali się Państwo z problemami w zakresie dostarczania usług online wewnątrz Unii Europejskiej?

Użytkownicy Internetu mogą natknąć się czasami na komunikat: „treść niedostępna w Twoim obszarze geograficznym”, lub podobny. Oznacza to mniej więcej tyle, że licencje, na których udostępniany jest dany materiał, nie obejmują Polski (lub innego kraju, w którym aktualnie się znajduje użytkownik). Nie widzę przeszkód, żeby treści udostępnione raz na terytorium UE, korzystały ze swobody przepływu usług – co jest przecież fundamentem Unii – i były dostępne dla wszystkich Europejczyków. Oczywiście, koszt takich licencji globalnie będzie wyższy, ale akurat dla polskiego internauty (bo, wbrew pozorom, Internet też ma swoją narodowość) sytuacja powinna być korzystniejsza, bo zapłaci bogatszy.

11. Czy podanie hiperłącza odnoszącego do utworu lub innego przedmiotu chronionego prawem autorskim, zawsze lub w niektórych przypadkach, powinno wymagać zezwolenia posiadacza praw?

Pytanie jest o tyle ciekawie sformułowane, że nie zakłada odpowiedzi „nigdy nie powinno wymagać zezwolenia posiadacza praw”. Natura internetu, tzn. powszechna dostępność treści o każdym czasie i z każdego miejsca, jest znana. Jeśli zatem ktoś korzysta z niego i umieszcza w nim treści w stosunku do których przysługuje mu ochrona prawnoautorska w sposób umożliwiający dotarcie do nich przez hiperłącze (link), to wg mnie godzi się na to, że link ten będzie dystrybuowany na wszelkie możliwe sposoby, wszelkimi możliwymi kanałami. Podanie linku nie oznacza w końcu „publikacji”, jak twierdzą czasami polskie sądy, ale jest naturalnym sposobem korzystania z Internetu i jedynie drogowskazem do udostępnionych, opublikowanych wcześniej treści.

Dyskusyjna jest natomiast ewentualna odpowiedzialność za linkowanie do treści, które zostały udostępnione w sposób nieuprawniony. Wydaje się jednak, że – o ile nie można przypisać takim działaniom złej wiary, czyli umyślnego odsyłania do treści naruszających prawa osób trzecich – w takim przypadku roszczenia powinny być kierowane do osoby, która publikacji dokonała. Trudno oczekiwać, że każdy użytkownik internetu będzie badał prawne podstawy takiej publikacji. Zakładam przy tym, że w szczególności w sytuacji obchodzenia prawa przez tworzenie serwisów, które „tylko linkują” w sposób masowy do treści naruszających cudze prawa autorskie, powodowałoby odpowiedzialność odszkodowawczą.

13. Czy spotkali się Państwo z ograniczeniami przy próbie odsprzedania plików cyfrowych, które zostały wcześniej nabyte (np. pliki mp3, e-booki)?

Takie ograniczenia oczywiście istnieją, bo w obrocie najczęściej nie istnieje coś takiego, jak sprzedaż pliku, a jedynie sprzedaż licencji na wykorzystywanie tegoż pliku. Licencja taka najczęściej nie pozwala na jej przenoszenie bez zgody właściciela prawa (konia z rzędem temu, kto taką zgodę uzyska).

Czy istnieją przy tym przeszkody, aby pliki traktować jednak jak rzeczy? Nie jest to przecież nic innego, jak ładunek elektromagnetyczny czy seria linii i rowków na płycie (albo dowolny inny sposób utrwalenia pliku cyfrowego). Przyjęcie takiej fikcji prawnej rozwiązałoby wiele problemów związanych z korzystaniem z takiej „rzeczy”, przynajmniej w obrocie konsumenckim.

15. Czy stworzenie systemu rejestracji na poziomie europejskim pomogłoby w identyfikacji i licencjonowaniu utworów i innych przedmiotów prawa autorskiego?

Sądzę, że nie powinniśmy się ograniczyć do samego „rejestru”, ale aktowi rejestracji nadać znaczenie prawne. Na przykład takie, że majątkowe prawa autorskie do utworów przysługiwałyby w ciągu 5 lat od ich pierwszej publikacji, a później tylko w przypadku cyklicznego odnawiania tychże praw w ogólnoeuropejskim rejestrze (np. co kolejne 5 lat). W ten sposób rozwiązują się choćby problemy związane z dziełami porzuconymi. Prawa autorskie przysługiwałyby bowiem każdemu, kto wykazuje minimalne zainteresowanie w ich zachowaniu.

Nie ma także technologicznych przeszkód, aby każdy użytkownik – konsument lub przedsiębiorca – mógł wykupić poprzez taki system on-line standardowe typy licencji, ewentualnie skontaktować się z właścicielem praw. Dokonywanie płatności w ten sposób, z uwzględnieniem niskiej prowizji – opłaty urzędowej, pozwoliłoby utrzymać system oraz umożliwić dokonywanie wszelkich czynności rejestrowych w sposób bezpłatny.

W swojej pracy zawodowej współpracuję najczęściej z autorami oraz właścicielami praw autorskich, a także przedsiębiorcami wykorzystującymi utwory objęte ochroną prawnoautorską. Na pierwszy rzut oka, powyższy pomysł stoi w sprzeczności z interesem osób, które reprezentuję. W sposób istotny ogranicza przecież ich prawa. W moim przekonaniu, nie jest to jednak pomysł przeciwko przedsiębiorcom, czy przeciwko innowacjom, ale właśnie popierający je, ponieważ upraszczający i wyjaśniający relacje właścicielskie. Dzięki temu, prowadzenie biznesu, działalności twórczej, naukowej i kulturalnej stałoby się prostsze, a ryzyko naruszenia czyichś praw autorskich ograniczone niemal do zera.

Co więcej, system mógłby posiadać funkcjonalność wyszukiwania tekstem, dźwiękiem i grafiką. Każdy w prosty i szybki sposób mógłby zatem dowiedzieć się (albo przynajmniej uprawdopodobnić) czy utwór, który zamierza wykorzystać podlega ochronie.

Oczywiście o to, że dla prawników pracy zabraknie, się nie obawiam.

20. Czy obecne terminy ochrony prawnoautorskiej są wciąż odpowiednie w kontekście środowiska cyfrowego?

Kolejne pytanie z supozycją. Czy 70-letni termin ochrony prawnoautorskiej, liczony od śmierci autora, kiedykolwiek był „odpowiedni”? Oczywiście, korzystają na tym niektórzy spadkobiercy twórców, których ten okres miał w szczególności chronić. Jest jednak promil w stosunku do korzyści właścicieli praw. Często bardzo konkretnych właścicieli.

Nie ma w zasadzie racjonalnego powodu, dla którego ochrona prawnoautorska miałaby w tak zdecydowany (czy w ogóle w jakikolwiek) sposób odbiegać od ochrony patentowej, która wynosi lat 20 (i pociąga za sobą konieczność ponoszenia sporych kosztów w jej utrzymaniu).

Kusząc się na rys historyczno-socjologiczny, powód takich odmienności widziałbym w zainteresowanych stronach. W przypadku patentów, z jednej są wynalazcy, inwestorzy, producenci i posiadacze patentów, ale z drugiej – inni wynalazcy, inwestorzy, producenci i posiadacze patentów, którzy potencjalnie chcieliby mieć udział w torcie, ze sprzedaży chronionych produktów. W przypadku praw autorskich, z jednej strony są – wyjątkowo skoncentrowani w wymiarze globalnym – właściciele praw autorskich, czerpiący dochody z ich licencjonowania, z drugiej natomiast „tylko” konsumenci i drobni twócy, szerzej niezorganizowani i zasadniczo nie zabierający głosu w sprawie.

I to jest właśnie powód, dla którego powinni Państwo wziąć teraz udział w prowadzonych konsultacjach.


Przed zabraniem głosu, mogą się także Państwo zapoznać ze zdaniem innych:


0 komentarze:

Prześlij komentarz