wtorek, 14 maja 2013

Czy można dowolnie wykorzystywać zdjęcia z "publicznej przestrzeni internetu"?

Niedawno w Wysokich Obcasach, dodatku do Gazety Wyborczej, znalazł się wywiad „Koszmary do wynajęcia” przeprowadzony przez Małgorzatę Czyńską z Natalią Fiedorczuk. W tekście znaleźć można taki passus:
Co z autorami zdjęć? To, że są anonimowi, sprawia, że mogłaś korzystałaś z ich fotek?

Zdjęcia stały się częścią kolekcji występującej w określonym kontekście. Oficjalnie wysłałam wiadomości do tych anonimowych oferentów, do których udało mi się dotrzeć przez Gumtree, z prośbą o zgodę na wykorzystanie fotografii. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Tym samym zdjęcia przechodzą w ''publiczną przestrzeń internetu''. Owszem, mogłam sama fotografować te wnętrza, chodząc na spotkania z oferującymi wynajem. Jednak nie zdecydowałam się na ten ruch, bo wiem, że jako osoba mająca do czynienia z fotografią, estetyką czy projektowaniem mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach ''czegoś ładnego'' - ot tak, z przyzwyczajenia.

Interior de una botica
Universidad de Navarra

W tym miejscu kilka wyjaśnień. Po pierwsze, nie ma czegoś takiego, jak „publiczna przestrzeń internetu”. Jest „domena publiczna”, czyli zbiór utworów, do których prawa autorskie (majątkowe!) wygasły, lub do których autorzy praw autorskich się zrzekli lub mocno się w nich ograniczyli (np. udostępniając utwory na jednej z licencji Creative Commons).

Po drugie, art. 17 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych brzmi:

Jeżeli ustawa nie stanowi inaczej, twórcy przysługuje wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do wynagrodzenia za korzystanie z utworu.

Co oznacza, że konieczna jest zgoda twórcy (można to modyfikować w drodze zawieranych umów). Milczenie nie jest niczym poza tym, czym jest – ani zgodą, ani brakiem zgody. Ale ponieważ jest ona przesłanką konieczną, milczenie należy domyślnie traktować, jako brak zgody.

Sprawę poruszył na swoim blogu Alex Paleczny, pisząc w swoim poście „Znalezione, (nie)kradzione, czyli pani Natalii Fiedorczuk przygody z fotografią” tak:

Cena 36 zł, prawie 250 stron, więc żartów nie ma – książka zawiera bogatą dokumentację fotograficzną. Wysiłku było sporo, bo to trzeba miejsca znaleźć, pojeździć po Polsce, zdjęcia porobić i obrobić.
Przygotowanie tych zdjęć zajęło autorce zapewne bardzo dużo czasu. Tylko, że nie.
Otóż szanowna autorka, Natalia Fiedorczuk, obmyśliła sobie, że zdjęcia hurtem zgarnie z Gumtree. Ot tak – prawy przycisk myszki, zapisz na dysku, itd. No przyznać trzeba, że metoda prosta, a i wydajność pracy wzrasta z miejsca o tysiące procent. (…)
Oczywiście wszystkie zdjęcia towarzyszące artykułowi podpisane są „(Fot. Archiwum prywatne Natalii Fiedorczuk)”.

Wskazując przy ironicznie, że nie ma czegoś takiego, jak „publiczna przestrzeń internetu”, jak i nie ma „publicznej przestrzeni miasta”, do której miałyby trafiać np. pozostawione bez opieki samochody.

Autorka albumu postanowiła odnieść się do zarzutów, które wzbudziły dyskusję w internecie, na swoim profilu na Facebooku (numeracja w nawiasach kwadratowych ode mnie):

Prawo autorskie chroni wyłącznie przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze (…). Oznacza to, że ochroną prawnoautorską objęta są takie fotografie, które są oryginalne (wcześniej nikt, takiej fotografii nie zrobił) oraz noszą piętno autora. Nie każda fotografia jest więc chroniona prawem autorskim. Jednym z pomocnych badań w określeniu indywidualności danego wytworu (fotografii) jest tzw. badanie statystycznej jednorazowości. Chodzi o pytanie czy jest statystycznie prawdopodobne, aby w przyszłości inna osoba stworzyła taki sam wytwór. Jeżeli odpowiedź jest pozytywna, to dany wytwór (fotografia) nie ma cech niezbędnych do ochrony prawnoautorskiej. Takich cech nie mają fotografie wnętrz lokali, które mają na celu przedstawienie umeblowania tego lokalu i jego ogólnego wyglądu. Większość osób poproszonych o zrobienie takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie. W takim zdjęciu nie chodzi o kadrowanie, ustawienie rekwizytów, dobór światła, modeli itp. a o pokazanie jakie meble, w jaki sposób ustawione są w danym pokoju – wierne przedstawienie rzeczywistości. [1] 

W zbliżonych sytuacjach, tj, odnośnie do fotografii dzieł sztuki w dwóch orzeczeniach sądy wypowiedziały się wyraźnie za brakiem ochrony prawnoautorskiej takich fotografii: "W czynnościach powoda jako fotografa, nie mieszczą się elementy twórcze, lecz odtwórcze. Jego obowiązkiem nie było bowiem wykonywanie zdjęć obrazów i innych przedmiotów sztuki w sposób oddający wrażenia artystyczne powoda czy też wyrażające jego wizję artystyczną, lecz wykonywanie zdjęć odtwarzających przy pomocy fotografii rzeczywisty stan zbiorów muzealnych i obiektów budowlanych" (SN wyrok z dnia 26 czerwca 1998 r., I PKN 196/98) (…). [2]

2. Dodatkowo, zgodnie z art. 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem lub prawami gatunku twórczości. Jeżeli jakaś fotografia wnętrza mieszkania, uznana zostałaby za podlegającą ochronie prawnoautorskiej, to taką fotografię, można zamieścić w książce poświęconej wynajmowi mieszkań, bez konieczności uzyskiwania zgody jej autora. Fotografia taka jest drobnym utworem, który można użyć do w innym większy utworze (książce) w celu wyjaśnienia (opisania jakiegoś zjawiska). Książka zawiera teksty socjologiczne opisujące dane zjawisko i zdjecia służą jedynie jako ilustracje, uzupełnienie tych tekstów. Dodatkowo jest to (umieszczanie takich zdjęć) podyktowane rodzajem twórczości – książki opisującej zjawisko kulturowo-społeczne w Polsce, tzn. nie dałoby się tego właściwie zrobić bez wspomnianych fotografii. [3]

Po kolei.

[1] Zasadniczo – zgoda co do tego, że utwór musi mieć charakter twórczy, co wynika z samej genezy słowa, nie zaglądając w tym przypadku nawet do ustawy. Niezgoda natomiast, jeśli chodzi o odpowiedź na zadane w tekście oświadczenia pytanie „czy jest statystycznie prawdopodobne, aby w przyszłości inna osoba stworzyła taki sam wytwór?” W moim najgłębszym przekonaniu – nie ma takiego prawdopodobieństwa, ponieważ nikt poza autorem zdjęcia nie ma dostępu do wszystkich rekwizytów, mebli czy sprzętów, które na ww. zdjęciach się pojawiają. Co więcej, ich ułożenie również nie jest przypadkowe – graniczy niemal z pewnością, że przed zrobieniem zdjęcia ich autorzy poprawili narzuty na kanapach, przestawili fotele, być może włączyli telewizory, żeby nadać zdjęciom charakteru naturalności – wbrew temu co pisze autorka albumu, nie są „wiernym oddaniem rzeczywistości”. Zdjęcia te mają zachęcać do wynajmu mieszkań, ich charakter i cel przypomina raczej zdjęcie z reklamy, która promuje produkt.

Wnętrze zamku Radziwiłłów
Biblioteka Narodowa

[2] Nie jest więc trafne przywołanie powyższego orzeczenia Sądu Najwyższego, w którym jest mowa o mechanicznie wręcz wykonywanych zdjęciach – nie pozostawiających żadnego pola na twórcze działanie fotografa. Podkreśla to zresztą sam Sąd w przywołanym cytacie.

[3] Przepis art. 29 ustawy brzmi w całości tak:

1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. 
2. Wolno w celach dydaktycznych i naukowych zamieszczać rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów w podręcznikach i wypisach.
21. Wolno w celach dydaktycznych i naukowych zamieszczać rozpowszechnione drobne utwory lub fragmenty większych utworów w antologiach.
3. W przypadkach, o których mowa w ust. 2 i 21, twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia.
Zgodnie z oświadczeniem, album miałby być „wyjaśnieniem (opisaniem jakiegoś zjawiska)”. W przepisie tym jednakże nie chodzi o wyjaśnianie zjawisk, a cytowanych utworów. Cytując: „Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił.” Wyjaśnieniem będzie to, że autor cytatu opuścił rodzinne strony, zatem jego utwór ma wydźwięk bardzo osobisty – co pozwala lepiej go zrozumieć. Nie będzie wyjaśnianiem zebranie wielu cytatów dotyczących Litwy i opatrzenie ich tekstami o XIX-wiecznej Litwie – bez odniesienia się do konkretnych utworów, które zostały zacytowane.

Ma to też być rodzaj twórczości – „książka opisująca zjawisko kulturowo-społeczne w Polsce”. Nie ma takiego gatunku twórczości. Możemy określić ten gatunek jako „album fotograficzny” albo „praca naukowa”. Każdy z nich rządzi się swoimi prawami, ale żaden z nich nie dopuszcza tak szerokiego cytowania innych utworów i zbierania ich w jedną całość. Podręcznikowym przykładem gatunku, którego prawa pozwalają na szerokie czerpanie z innych utworów - do którego odnosi się postanowienie tego przepisu - jest np. parodia, która nie istniałaby bez utworu podstawowego. Co więcej, jeśli cel był naukowy - i tak autorom należało się wynagrodzenie.

Pani Natalia Fiedorczuk stwierdza (słusznie), że „nie dałoby się tego właściwie zrobić bez wspomnianych fotografii”. Problemem jest jednak to, kto dane fotografie wykonywał. Jak wskazał na swoim blogu Pan Alex Paleczny – bardzo dużo pracy trzeba byłoby włożyć, żeby objechać wszystkie mieszkania i je sfotografować. W ten sposób dałoby się to zrobić, tzn. uzyskać fotografie do albumu. Można było też uzyskać zgodę autorów, co byłoby szybsze. Droga wybrana przez autorkę narusza prawa innych.

Nota bene, proszę porównać te dwa fragmenty:

„Książka zawiera teksty socjologiczne opisujące dane zjawisko i zdjecia służą jedynie jako ilustracje, uzupełnienie tych tekstów” (z oświadczenia).
„Teksty socjologiczne, które powstały przy okazji ''Wynajęcia'', stanowią uzupełnienie zdjęć - otwierają wiele interpretacji” (z wywiadu).

Oświadczenie zostało zatem (słusznie) skonsultowane z prawnikiem, nadając zdjęciom podrzędny charakter. Warto jedna w tym miejscu przypomnieć wyrok Sądu Najwyższego w sprawie o sygn. I CK 232/04, gdzie podkreślone zostało, że przy powoływaniu się na prawo cytatu nie ma znaczenia rozmiar przytaczanego we własnym dziele utworu, lecz ich wzajemne relacje i cel cytatu. Musi on pozostawać w takiej proporcji do wkładu własnej twórczości, aby nie było wątpliwości co do tego, że powstało własne, samoistne dzieło. Takie wątpliwości powstają w omawianym przypadku.

Wrocław, klasztor Urszulanek, kuchnia. Ósma ilustracja leporella.
www.bibliotekacyfrowa.pl

Podsumowując, autorka albumu naruszyła autorskie prawa majątkowe (i osobiste! pomijając brak zgody na ich użycie, zdjęcia zostały podpisane „fot. Archiwum prywatne Natalii Fiedorczuk”).

Co więcej, wraz z dziennikarką przeprowadzającą wywiad (oraz redaktorem wydania) najprawdopodobniej naruszyły dobra osobiste tych osób, stawiając je w niekorzystnym świetle (vide: „Koszmary do wynajęcia”, „mogłam sama fotografować te wnętrza (…) jednak (…) mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach ‘czegoś ładnego’, „Mieszkania te nie są neutralne (…). Mieszkanie wśród cudzych drobiazgów, pamiątek, zbieraniny rzeczy może wręcz budzić wstręt.”).

Podczas jednej z Facebookowych dyskusji zadeklarowałem swoją bezpłatną pomoc prawną osobom, których zdjęcia zostały wykorzystane. Deklarację podtrzymuję. Ale polecam się także osobom, które takie albumy chcą wydawać (oraz dziennikarzom Gazety Wyborczej) – czasem naprawdę warto skorzystać z pomocy prawnika wcześniej, niż przy wydawaniu oświadczenia.

Prawo cytatu - orzeczenia Sądu Najwyższego

Według polskiej ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych dozwolone jest nieodpłatne cytowanie, tj. przytaczanie w utworach stanowiących samoistną całość urywków lub drobnych utworów całości, o ile zostały one już rozpowszechnione, a cytowanie uzasadnione jest wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości. Konieczne jest przy tym wymienienie imienia i nazwiska twórcy oraz źródła, przy uwzględnieniu istniejących możliwości. 

Tygodnik Polityka opublikował okładkę z wykorzystaniem obszernego fragmentu plakatu wyborczego „Solidarności” z wyborów parlamentarnych w czerwcu 1989 r. – bez wiedzy i zgody autora, podania  jego nazwiska oraz zapłaty wynagrodzenia. Tygodnik bronił się m. in. prawem cytatu. Sąd Najwyższy (w sprawie o sygn. I CK 232/04) uznał, że przy powoływaniu się na prawo cytatu nie ma znaczenia rozmiar przytaczanego we własnym dziele utworu, lecz o ich wzajemne relacje i cel cytatu. Musi on pozostawać w takiej proporcji do wkładu własnej twórczości, aby nie było wątpliwości co do tego, że powstało własne, samoistne dzieło.

W 2002 roku jedna z gazet opublikowała w humorystycznej rubryce „Humor polskich maili” krążący po Internecie jako spam wiersz. Została pozwana przez autora tego wiersza, który wykazał jego wcześniejszą publikację pod swoim nazwiskiem oraz zarzucił zniekształcenie utworu poprzez ocenzurowanie występującego w nim wulgaryzmu. Sąd apelacyjny (w sprawie o sygn. VI ACa 1012/2005) potwierdził, że dla prawnoautorskiej ochrony utworu nie ma znaczenia, w jaki sposób dokonujący naruszenia wszedł w jego posiadanie, a dla istnienia ochrony nie ma znaczenia popularność utworu czy autora. Gazeta powoływała się także na prawo cytatu, ale sąd uznał, że musiałaby wykazać, iż rubryka sama w sobie stanowiła przedmiot ochrony prawa autorskiego, np. jako antologia, którym nie była.

niedziela, 12 maja 2013

Ochrona baz danych na gruncie prawa konkurencji (tajemnica przedsiębiorstwa; know-how) oraz prawa autorskiego (utwór)


Przedsiębiorcy wykorzystujący w swojej działalności bazy danych, mogą poszukiwać ich ochrony na gruncie dwóch ustaw – o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji oraz o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Cel i zakres uregulowania obu ustaw jest różny, a możliwość skorzystania z roszczeń na podstawie każdej z nich uzależniona jest od innych przesłanek.

Krąg podmiotów, przeciwko którym przedsiębiorca może kierować roszczenia na podstawie pierwszej z ustaw, ograniczony jest wyłącznie do innych przedsiębiorców a naruszenie może nastąpić w zasadzie tylko w czasie prowadzenia działalności gospodarczej przez uprawnionego, ale nie już po jej zakończeniu. Ponieważ ochroną objęte są wszelkie informacje stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa, konieczne jest dołożenie starań przez uprawnionego, aby określonej bazie danych nadać cechy tajemnicy, co zazwyczaj jest naturalne w przypadku prowadzonej działalności gospodarczej i kluczowych baz danych. Ponadto, do skorzystania z ochrony wystarczy zaistnienie stanu zagrożenia interesu przedsiębiorcy.

Możliwość zastosowania ochrony prawnoautorskiej uzależniona jest od uznania bazy danych za utwór, w rozumieniu drugiej z ustaw. Baza danych może zawierać dane, które same w sobie nie stanowią przedmiotu ochrony, ale przyjęta systematyka oraz inne zmienne wpływające na kształt bazy, mogą przemawiać za twórczym jej charakterem. Jeśli jednak uznać bazę za utwór, przedsiębiorca może skorzystać ze zdecydowanie dłuższej ochrony (70 lat od śmierci ostatniego z twórców) oraz skorzystać z dodatkowego roszczenia, czyli żądania zapłaty trzykrotności stosownego wynagrodzenia w ramach naprawienia wyrządzonej szkody. Ma również korzystniejszą sytuację procesową, z uwagi na możliwość zobowiązania naruszającego prawa autorskie do udzielenia stosownych informacji w tym zakresie. Możliwość uznania bazy danych za przedmiot prawa autorskiego pociąga za sobą także korzystne możliwości amortyzacji na gruncie prawa podatkowego.

Długi czas ochrony baz danych na gruncie prawa autorskiego oraz jego oderwanie od rzeczywiście prowadzonej działalności oraz rynku, na którym działa przedsiębiorca, jak również nieograniczony krąg osób, w stosunku do których stosowne roszczenia można skierować, stanowić mogą istotną przewagę konkurencyjną na rynku, prowadzącą w szczególnych przypadkach do naruszenia zasad konkurencji. Rozwiązaniem jest rygorystyczne i ścisłe rozpatrywanie twórczego charakteru baz danych wykorzystywanych przez przedsiębiorców, co pozwoli rozpatrywać większość sporów w zakresie ich ochrony na gruncie zaprojektowanej w tym celu ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.


Abstrakt powyższy miał być podstawą wystąpienia 27 maja 2013 roku na ogólnopolskiej konferencji „Pozytywne i negatywne aspekty nakładania się ochrony wynikającej z różnych praw własności intelektualnej” na Uniwersytecie Jagiellońskim.

niedziela, 5 maja 2013

W Polsce działa 10.000.000 przestępczych redakcji prasowych


Masz konto na Facebook’u albo Tweeterze? Dzielisz się z innymi tym, co aktualnie robisz? Komentujesz bieżące wydarzenia polityczne? Możesz czuć się nie tylko reportażystą i publicystą. Według polskiego prawa jesteś wydawcą i redaktorem naczelnym tytułu prasowego.

Prasą według ustawy z dnia 26 stycznia 1984 roku Prawo prasowe są publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą. Dziennikiem lub czasopismem jest natomiast ogólnoinformacyjny druk periodyczny lub przekaz za pomocą dźwięku oraz dźwięku i obrazu, czytaj: publikacje internetowe. Przy czym istotne, żeby przekaz taki zawierał w sobie i dźwięk, i obraz. 

Niewątpliwie – wpisy na Facebook’u nie tworzą zamkniętej całości, ukazują się częściej, niż raz w roku, a sam serwis opatruje je datą. Linki do filmów lub piosenek konwertowane są bezpośrednio w "dźwięk i obraz". Można oczywiście zadać sobie pytanie, czy imię i nazwisko publikującego może być swoistym „tytułem albo nazwą” strony profilowej na portalu społecznościowym. W doktrynie prawniczej zwraca się uwagę, że inne elementy (numer, data) mają charakter techniczny i o charakterze prasy decyduje całokształt okoliczności. Innymi słowy, gdyby drukować gazetę na papierze, w której byłyby recenzje filmów, komentarze aktualnych wydarzeń czy zdjęcia posiłków z przepisami, ale nie posiadałaby ona tytułu – i tak byłaby prasą w rozumieniu ustawy. A czym innym bardzo często jest strona na FB, jak nie zestawem takich różnorodnych informacji? Przy założeniu powyższych przesłanek, z pewnością w świetle prawa "prasą" będą natomiast strony wszelkich fanpage'y, grup, postaci fikcyjnych itd.

Wątpliwości co do tego, że strona na Facebook'u jest prasą nie miał Sąd Okręgowy w Gdańsku rozpatrując wniosek o rejestrację mojej strony Facebook’owej – Własność intelektualna w praktyce. Warto bowiem dodać, że bycie wydawcą i redaktorem naczelnym to nie tylko dumnie brzmiąca wizytówka. To także obowiązki, które należy wypełnić pod groźbą kary.



Podstawowym obowiązkiem Facebook’owego wydawcy jest rejestracja swojego dziennika w sądzie – z podaniem danych osobowych z adresem zamieszkania włącznie. Wydawanie dziennika bez rejestracji jest przestępstwem! I to zagrożonym nie tylko karą grzywny, ale też ograniczeniem wolności.

W wyroku z dnia 14 grudnia 2011 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł co prawda, że sankcja karna to zbyt wiele, jak za tak błahe naruszenie prawa (orzekł tak w bardzo ciekawej – i przykrej – sprawie radnego, który utracił mandat, ponieważ wydawał broszurę dotyczącą swojej działalności politycznej; więcej o tym wyroku piszę tutaj). Z mocy tego orzeczenia nie grozi już kara za wydawanie prasy bez rejestracji, ale… tylko „papierowej”. Innymi słowy – jeśli tworzysz „prasę” na FB lub NK nie rejestrując się w sądzie – jesteś przestępcą. Projekt zmiany ustawy, który jest właśnie czytany w Sejmie również przewiduje sankcję karną w postaci grzywny (pomimo wyraźnych wytycznych Trybunału, aby z tej sankcji zrezygnować!), najprawdopodobniej zatem ryzyko związane z publikowaniem treści w internecie nie zmieni się w najbliższych latach.

Sądzę, że bardzo złym jest prawo, gdzie na każdego obywatela jest paragraf – choćby potencjalny, a w tym przypadku bardzo realny – a do uruchomienia sankcji wystarczy "dobra" wola prokuratora i "życzliwe" źródło. Ustawa Prawo prasowe powstawała w czasie stanu wojennego – i duch epoki w ustawie pozostał pomimo zmian systemu politycznego, pomimo rozwoju technologii. W rozumieniu ustawy nie różni się bowiem niczym wydawanie gazety papierowej od publikacji kolejnych wpisów na stronie Facebook’a, Naszej Klasy czy Tweetera. A brak rejestracji takich działań ustawa nazywa przestępstwem.
Jednodniówka Syndykatu Dziennikarzy Krakowskich wydana na cele budowy Domu Wypoczynkowego i Uzdrowiskowego w Makowie, Kraków, styczeń 1927

Dla osób, które wolą zabezpieczyć się przed wyrokiem skazującym za przestępstwo, przedstawiam LEGALNĄ drogę publikowania swoich treści na portalach społecznościowych:
  1. zakładamy konto w portalu;
  2. składamy wniosek do właściwego sądu okręgowego (wzór znajduje się tutaj);
  3. czekamy na postanowienie o rejestracji; lub
  4. jeśli postanowienia nie ma w ciągu 30 dni od złożenia wniosku – możemy legalnie zmienić status na fejsie.

Brak sankcji karnej za niezarejestrowany biuletyn (póki co)


Radny miasta Chojna – Wojciech Antoni Skrzypczyk – wydawał biuletyn „Bez cenzury”, który miał formę pytań od wyborców oraz odpowiedzi radnego. Nie zarejestrował go w odpowiednim sądzie, jako czasopisma, ponieważ powziął informacje od znajomych prawników i dziennikarzy, a nawet z Centrum Monitoringu Wolności Prasy, że taki biuletyn „prasą” w rozumieniu polskiego prawa nie jest. Do innego przekonania doszły organy ścigania oraz sądy kolejnych instancji, przy czym sąd pierwszej instancji uznał, że radny był w usprawiedliwionym błędzie i uniewinnił go (wydawanie prasy bez uprzedniej rejestracji jest bowiem w Polsce przestępstwem). Prokurator złożył jednak apelację (!!!) od tego wyroku, a kolejne sądy przyznawały prokuraturze rację. Skazujący wyrok karny stał się w końcu prawomocny, w związku z czym rada miejska pozbawiła radnego mandatu.

Sławie króla i narodu z rewolucyi dnia 3-go maja 1791
Bolt, Johann Friedrich
www.polona.pl

Sprawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego. Głos zabrał także Marszałek Sejmu, który stanął na stanowisku, że sankcja karna za brak rejestracji czasopisma jest prawidłowa (!!!). TK uznał ostatecznie inaczej, argumentując w wyroku z dnia 14 grudnia 2011 r. (SK 42/09):
Wprowadzenie odpowiedzialności prawnokarnej za niewykonanie obowiązku rejestracji czasopisma prowadzi do zbyt daleko idących zmian w sytuacji prawnej skarżącego, jako uczestnika dyskursu publicznego. Skutkiem zastosowania odpowiedzialności prawnokarnej jest utrata mandatu radnego, a więc wyłączenie skarżącego z debaty publicznej w takiej roli, w jakiej chciałby on w tej debacie występować, jako osoba publiczna. Wprowadzenie odpowiedzialności prawnokarnej w zaskarżonej regulacji stanowi więc nadmierną, nieproporcjonalną ingerencję, naruszającą również zasadę adekwatności i zasadę proporcjonalności sensu stricto, stanowiące elementy składowe zasady proporcjonalności, wynikającej z art. 31 ust. 3 Konstytucji.
Trybunał podkreślił przy tym że:
ustawodawca może obowiązek [rejestracji prasy]  zabezpieczyć sankcją, gdyż w przeciwnym wypadku  (…) ochrona wartości, którym służy obowiązek rejestracji, byłaby niedostateczna. Jednocześnie, co Trybunał pragnie podkreślić, ustawodawca nie powinien uciekać się do sankcji karnej, która nie jest w tej sytuacji konieczna, jest nadmiernie surowa. (…) 
Wyrok nie dotyczy czasopism internetowych, którym skarżący poświęcił wiele miejsca w uzasadnieniu, lecz które nie wiążą się ze wspomnianym wyżej stanem faktycznym sprawy. Konsekwencją niniejszego, zakresowego wyroku nie jest uchylenie żadnego z powyższych przepisów składających się na zaskarżoną regulację, lecz uchylenie ustalonej wyżej normy prawnokarnej, określającej sankcję karną za niedokonanie obowiązku rejestracji czasopisma drukowanego. Oznacza to, że ustalona wyżej norma nie będzie stosowana. Wymaga to pilnej interwencji ustawodawcy, aby wprowadzić w miejsce uchylonej normy inny rodzaj sankcji. Interwencja ta jest konieczna tym bardziej, że orzeczona wyżej niekonstytucyjność sankcji karnej określonej w zaskarżonej regulacji, powoduje, iż obowiązuje nadal sankcja karna określona w art. 45 ustawy za niedokonanie obowiązku rejestracji czasopisma internetowego.
W półtora roku po apelu Trybunału Konstytucyjnego o „pilną interwencję ustawodawcy” projekt zmian w prawie prasowym jest dopiero po pierwszym czytaniu w komisji sejmowej. Co więcej, nadal przewiduje on sankcję karną w postaci grzywny, przy czym łaskawe oko polskiego prawodawcy będzie uznawało brak rejestracji za wykroczenie, nie za przestępstwo – jak ma to miejsce teraz. Czy można się temu dziwić, skoro Marszałek Sejmu już trzy lata temu uznał za stosowne zajęcie stanowiska przed Trybunałem Konstytucyjnym, że domorosłych dziennikarzy należy osadzać w areszcie? 

Wzór wniosku o rejestrację dziennika internetowego


miejsce, data

imię i nazwisko
adres
Sąd Okręgowy w [...]


WNIOSEK O REJESTRACJĘ DZIENNIKA

Realizując obowiązek rejestracyjny określony w art. 20 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 roku Prawo prasowe, niniejszym wnoszę o zarejestrowanie dziennika (bloga) prowadzonego pod adresem internetowym [...] o tytule [...].

Adres i siedziba redakcji: [...]

Dane osobowe redaktora naczelnego oraz wydawcy: [imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców, adres, obywatelstwo]

Oświadczam, że posiadam pełną zdolność do czynności prawnych i nie jestem pozbawiony praw publicznych.

[podpis]