czwartek, 31 stycznia 2013

Kiedy potrzebuję zgody na wykorzystanie wizerunku?

Zgodnie z art. 81 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. Zgoda nie jest konieczna, w dwóch przypadkach:
1) osoby powszechnie znanej, jeżeli wizerunek wykonano w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych, w szczególności politycznych, społecznych, zawodowych;
2) osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Ponadto, jeśli ten którego wizerunek został wykorzystany przyjął zapłatę za pozowanie, a nie zastrzegł wyraźnie, że nie wyraża zgody na wykorzystanie wizerunku, istnieje domniemanie że taką zgodę wyraził. Co istotne – jest to jedyny przypadek, kiedy takie domniemanie istnieje. Oznacza to, że w każdym innym przypadku potrzebna jest zgoda osoby, której wizerunek chcemy wykorzystać.
Potwierdził to Sąd Najwyższy (wyr. z 19.4.2000 r., I ACa 1455/99):

Istnienie zgody uprawnionego ani jej zakresu nie domniemywa się. Pozwany ma obowiązek wykazać, że uzyskał zgodę uprawnionego na rozpowszechnianie jego wizerunku w oznaczonych warunkach.

Co więcej, nawet jeśli osoba, której robione jest zdjęcie lub która jest nagrywana nie sprzeciwia się temu, nie musi oznaczać, że wyraziła zgodę. Istotne jest więc zachowanie „pozytywne” (zezwolenie) a nie brak „negatywnego” (sprzeciwu) – tak orzekł np. Sąd Apelacyjny w Poznaniu w wyroku z 30.5.2006 r. (I ACa 246/05).
Wizerunek prawdziwy, Męża Bożego Hypacyusza Pocieja Arcybiskupa Metropolity Kijowskiego, Halickiego, Autor: Jan Onufry Piotrowski, Jan Onufry

Co ważne, to osoba wykorzystująca wizerunek będzie musiała udowodnić, że miała prawo do takiego wykorzystania. W związku z tym, oczywiście najbezpieczniej jest uzyskać zgodę na piśmie, choć każde inne zachowanie wyrażające zgodę będzie wystarczające (np. stwierdzenie do kamery telewizyjnej „teraz będę gwiazdą” – jak uznał w wyroku z 10.2.2005 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie (I ACa 509/04). Ten wyrok przynosi jednak istotne zastrzeżenie:

Zbyt daleko idące jest [wnioskowanie], iż swoim zachowaniem powód wyraził zgodę również na rozpowszechnianie jego wizerunku w filmie reklamującym działalność pozwanego.

Jaki stąd wniosek? Podobnie, jak przy wykorzystywaniu danych osobowych, zgoda musi być oparta o wiedzę osoby zezwalającej na wykorzystanie swojego wizerunku co do zakresu jego wykorzystania. Ważna podpowiedź dla osób pozujących znajduje się w wyroku Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 19.12.2001 r. (I ACa 957/01):

Można dowolnie ograniczyć zakres zezwolenia na rozpowszechnianie [wizerunku]: zezwolić na publikację tylko w oznaczonym czasopiśmie i/lub tylko w związku z oznaczonymi okolicznościami (np. w związku z określonym tekstem artykułu prasowego), wyznaczyć granice czasowe publikacji itp.

Szczególnie wyznaczenie granic czasowych (choćby odległych) co do publikacji swoich zdjęć powinno być regułą dla osób wiążących swoją przyszłość z pracą w charakterze modeli czy modelek. Ograniczenie czasowe jest dużo skuteczniejsze w zarządzaniu swoim wizerunkiem, niż ewentualne wycofanie zgody na jego wykorzystanie, choćby z uwagi na to, że wycofanie zgody musi być skierowane do konkretnej osoby, a ustalenie jej pobytu może być kłopotliwe.

Zgoda może być jednostronnie udzielona przez osobę, której wizerunek ma być wykorzystany – takie rozwiązanie będzie wygodniejsze w razie jednokrotnego zdjęcia bez wynagrodzenia. W razie dłuższej współpracy lepszym rozwiązaniem będzie umowa. W odrębnych postach prezentuję wzory takich dokumentów. Ważne jest zastrzeżenie, że są to wzory „neutralne”, a więc zapewniające obu stronom optymalnie sprawiedliwe pozycje. Jeśli jednak ktoś zajmuje się zawodowo pracą jako fotograf czy modelka, właściwsze będzie lepsze zabezpieczenie swoich praw.

Wzór umowy na wykorzystanie wizerunku

Wzór zgody na wykorzystanie wizerunku

Wzór zgody na wykorzystanie wizerunku

Przeczytaj najpierw: Kiedy potrzebuję zgody na wykorzystanie wizerunku

Zgoda (zezwolenie) na wykorzystanie wizerunku

Ja, […] zamieszkały w […], legitymujący się dowodem osobistym o numerze i serii […], posiadający numer PESEL […], NIP […], udzielam niniejszym zezwolenia […] na rozpowszechnianie swojego wizerunku uwiecznionego na [...] w dniu [...] w [...]. Zezwolenie niniejsze obejmuje wykorzystanie mojego wizerunku w dowolnym utworze oraz w innych materiałach nie noszących cech utworu w rozumieniu prawa autorskiego, na dowolnym polu eksploatacji i nie jest ograniczone czasowo ani terytorialnie.

Kliknij zielony przycisk DOWNLOAD aby ściągnąć zezwolenie na dysk swojego komputera. 
Po wyświetleniu się zezwolenia w nowym oknie naciśnij CTRL+S.

Wzór umowy na wykorzystanie wizerunku


Umowa na wykorzystanie wizerunku

Zawarta w […] dnia […] pomiędzy: 

[…] zamieszkałym w […], legitymującym się dowodem osobistym o numerze i serii […], posiadającym numer PESEL […], NIP […], zwanym dalej Twórcą,
a
[…] zamieszkałym w […], legitymującym się dowodem osobistym o numerze i serii […], posiadającym numer PESEL […], NIP […], zwanym dalej Pozującym,
o treści następującej:

§1
W związku z wykonaniem materiałów, w których został wykorzystany wizerunek Pozującego, strony zawierają niniejszą umowę, na podstawie której Pozujący wyraża zgodę na wykorzystanie swojego wizerunku a Twórca zobowiązuje się zapłacić wynagrodzenie przewidziane umową.

§2
1. Pozujący zezwala na rozpowszechnianie swojego wizerunku uwiecznionego na materiałach, stanowiących załącznik nr 1 do niniejszej umowy. ****Nie ma przeszkód, aby załącznik stanowiła płyta CD z nagranymi materiałami. Płytę taką należy także parafować.****
2. Zezwolenie, o którym mowa w ust. 1 obejmuje wykorzystanie wizerunku w dowolnym utworze oraz w innych materiałach nie noszących cech utworu w rozumieniu prawa autorskiego, na dowolnym polu eksploatacji i nie jest ograniczone czasowo ani terytorialnie, jak również obejmuje dowolne dysponowanie takimi materiałami w działalności gospodarczej Twórcy, w tym przekazywanie ich osobom trzecim, modyfikowanie wizerunku i utworów, w których skład będzie wchodzić wizerunek, z zastrzeżeniem że takie wykorzystanie będzie zgodne z dobrymi obyczajami.
**** LUB ****
2. Zezwolenie, o którym mowa w ust. 1 obejmuje jednokrotne wykorzystanie wizerunku w […] [tu należy wpisać konkretny artykuł, film, wystawę, portret itp.]

§3
Twórca zapłaci Pozującemu za pozowanie oraz wykorzystanie jego wizerunku wynagrodzenie w kwocie […] netto/brutto w terminie 7 dni od zawarcia niniejszej umowy.

§4
Twórca udziela Pozującemu niewyłącznej, nieograniczonej w czasie i przestrzeni nieodpłatnej licencji na wykorzystanie materiałów stanowiących załącznik nr 1 do umowy w portfolio, które będzie prezentowane wyłącznie potencjalnym współpracownikom i kontrahentom Pozującego, przy czym publiczne udostępnianie w taki sposób, aby każdy mógł mieć do niego dostęp w miejscu i w czasie przez siebie wybranym zostanie ograniczone do […] zdjęć/filmów.

§5
1. Wszelkie zmiany niniejszej umowy wymagają formy pisemnej pod rygorem nieważności. 
2. Umowę sporządzono w dwóch jednobrzmiących egzemplarzach, po jednym dla każdej ze stron.


Kliknij zielony przycisk DOWNLOAD aby ściągnąć umowę na dysk swojego komputera. 
Po wyświetleniu się umowy w nowym oknie naciśnij CTRL+S.

środa, 23 stycznia 2013

OZZ, oddaj moje 100 milionów!

Bardzo ciekawy tekst w dzisiejszym Dzienniku Gazecie Prawnej pt. „Organizacje zbiorowego zarządzania przejadają tantiemy twórców” autorstwa Sławomira Wikariaka.

Autor podliczył wpływy do OZZ (takich jak ZAIKS, ZPAV, STOART, Kopipol) oraz przyrównał je z kwotami, które OZZ wypłacają twórcom. Dla przypomnienia – do tego zostały one powołane i taki jest sens ich istnienia – wynagradzać twórców, w których imieniu zbierają pieniądze. Otóż, z łącznie zebranej puli pół miliarda złotych, blisko sto milionów zostało w stowarzyszeniach. Najbardziej ciekawy jest jednak komentarz Włodzimierza Wiśniewskiego, dyrektora biura zarządu Stoartu:
Są dwa główne powody tego, ze nie wypłaciliśmy wszystkich pieniędzy uprawnionym. Część z nich przysługuje artystom, którzy nie są członkami żadnej z organizacji chroniących prawa wykonawcze. Te pieniądze są dla nich naliczone i czekamy, aż się po nie zgłoszą.

Drugi powód to rozliczenia międzynarodowe. Znaczna część niewypłaconych środków należy się artystom zagranicznym (…) dopóki z poszczególnymi krajami nie zostaną uzgodnione zasady transferu pieniędzy, to nie mogą one być wypłacane.

Gdyby ktoś się zatem zastanawiał, jak OZZ-y rozdzielają zbierane na rzecz tantiem pieniądze - trzymają je na (oprocentowanym?) rachunku bankowym i czekają, aż ktoś się po nie zgłosi – czy to twórca polski czy zagraniczny. Proponuję, aby każdy kto napisał i opublikował jakiś artykuł, piosenkę, zrobił zdjęcie itd. zwrócił się do wszystkich OZZ z zapytaniem, czy nie czeka na niego jakaś okrągła sumka (przynajmniej teoretycznie). W czasach kryzysu – jak znalazł. Poszukiwania można zacząć tu. Nota bene, ZAIKS poszukuje np. twórcy o nazwisku Przybylska Sława, co wydaje się zadaniem stosunkowo prostym, czy Pola Negri, co znowu może być raczej utrudnione. Także transfer pieniędzy do „poszczególnych krajów”, jak widać, napotyka trudności. Wyobrażam sobie, że większość ze zgromadzonych środków należy do twórców z jednego, bardzo konkretnego kraju. Może więc lepiej byłoby wypracować najpierw porozumienia ze 190 pozostałymi, aby to jedno było perfekcyjne?
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Inny przykład? Kopipol. Zgodnie z informacją z artykułu, przez lata środki nie były wypłacane twórcom bezpośrednio, a jedynie pośrednio, tzn. na przykład jako… granty. Brakuje w artykule wyjaśnienia, jak się to ma do sprawiedliwego wynagrodzeni twórców. Skoro granty rozdysponowywane są w konkursach, to prawdopodobnie nie trafią one do 99% reprezentowanych przez OZZ twórców. Moim skromnym zdaniem nie jest to zatem „pośrednie” wynagrodzenie, tylko „żadne” wynagrodzenie. Stan rzeczy Kopipol postanowił zmienić w tym roku, i jak pochwalił się w swoim sprawozdaniu:

Pionierski charakter wdrażanej repartycji indywidualnej, stosunkowo krótki okres jej funkcjonowania oraz fakt, że jest to pierwsza próba dokonania takiego podziału czyniona w środowisku akademickim, zadecydowały o tym, ze stowarzyszenie wypłaciło 79 tys. zł 171 twórcom.

Oszczędzając czytelnikom bloga liczenia – jest to 461,99 złotych na osobę. Ile pieniędzy Kopipol zebrał w sumie? 4.500.000 zł. Do podziału dla 7.000 członków. Zakładając, że każdy dostałby po równo, byłoby to 642,86 zł. Byłoby, gdyby nie fakt, że Kopipol za swoje usługi nalicza… 30% (czyli 1.350.000 zł). Nie wyliczę Państwu, ile to złotych na głowę zatrudnionego w tym stowarzyszeniu, bo nie mam danych – ile osób tam pracuje. Zakładam jednak, że nie jest to największy pracodawca w Polsce, więc będzie to (nieco) więcej, niż 400-600 zł. Jak tłumaczy Jacek Kargul z Kopipolu:

Koszty te są adekwatne do skali działań prowadzonych przez stowarzyszenie. Mam tu na myśli zwłaszcza działania sądowe, a także wizytacje skierowane wobec zobowiązanych do płacenia. Nie można tez nie odnotować, ze w 2011 r. zleciliśmy kolejne badania statystyczne oraz opracowanie kosztownego oprogramowania do rozliczania opłat online.

O połowę mniej nalicza ZAIKS, bo jedynie 16%. Przy obrotach tego giganta daje to jednak kwotę 55.000.000 zł (pięćdziesiąt pięć milionów złotych). Tu z wyjaśnieniami spieszy Anna Biernacka, rzecznik ZAiKSu:

Pieniądze te są wykorzystywane wyłącznie w celu pokrycia kosztów działalności ZAiKS, na wynagrodzenia pracowników, narzędzia pracy, telefony, media, koszty procesów sadowych, windykacji itd. Nie działamy dla zysku i go nie generujemy.


Rachunek się zgadza, skoro wizytacje inspektorów mogą trwać nawet 10 godzin w jednej restauracji. Każdy utwór trzeba wysłuchać, wynotować, a przy okazji coś zjeść i wypić.

niedziela, 20 stycznia 2013

Turniej Negocjacyjny

Decyzją jury w składzie: Maciej Bobrowicz, Jerzy Stępień, Zbigniew Ćwiąkalski, Jacek Kosuniak, Waldemar Koper oraz prof. Stanisław Sołtysiński, zostałem wybrany najlepszym negocjatorem wśród aplikantów radcowskich. Pozostaje mi raz jeszcze podziękować za to wyróżnienie.

Jak podkreślali organizatorzy Turnieju:

Alternatywne metody rozwiązywania sporów i umiejętności negocjacyjne są w zawodzie prawnika nieodzowne, bo pozwalają rozwiązywać spawy szybciej i efektywnie kosztowo, drogą pozasądową.

Umiejętność prowadzenia skutecznych negocjacji jest niewątpliwym atutem prawnika. Nie mam zatem wątpliwości, że doświadczenie i wiedza zdobyta podczas Turnieju będą owocować w mojej – nie tylko zawodowej – przyszłości.

Wszystkim finalistom, przede wszystkim moim kolegom z drużyny, serdecznie gratuluję.

środa, 16 stycznia 2013

Innowacyjne pudełko na... pizzę?

Czy można opatentować pudełko do pizzy? Czy można je opatentować w Europie, chociaż ma patent w USA? I czemu o patent lepiej starać się w Hiszpanii niż w Polsce? Te, i szereg innych pytań, może powstać po lekturze artykułu "Mają patent na... pudełko do pizzy. Ze sztućcami" w Gazecie Wyborczej.

Artykuł przez dwa dni był dostępny na pierwszej stronie serwisu wyborcza.pl, choć roi się w nim od błędów. Po kolei:
"Michał i Sebastian zdobyli już patent na to opakowanie. Chroni on ich pomysł na terenie całej Unii Europejskiej. (...) Co takiego rewolucyjnego jest w pudełku, że zdobyło patent w 23 krajach?"
Unia Europejska liczy oczywiście 27 krajów, co redaktor ogólnopolskiego dziennika powinien raczej wiedzieć, ale liczba nie wzięła się znikąd. Otóż w UE są... 23 języki urzędowe! Jak się ma to do tematu? Nijak. Prawdopodobnie autor doszedł do wniosku, że pisze o patencie europejskim (który nie ma nic wspólnego z UE, uczestniczy w nim 25 krajów Unii, gdzie występują 23 języki urzędowe i - uwaga - nie oznacza udzielenia jakiegokolwiek patentu! Pozwala dopiero na ubieganie się o patenty w poszczególnych państwach - stronach konwencji o udzielaniu patentów europejskich).

Artykuł nie jest jednak ani o patencie europejskim, ani o patencie w ogóle.

Patenty przyznaje się na wynalazki. Kartonowe pudełko wynalazkiem mogłoby zostać kilka tysięcy lat temu w Chinach, kiedy papier został wymyślony. Od tego czasu droga do patentu pozostaje niestety zamknięta. Aby wynalazek był chroniony patentem, musi być nowy, posiadać poziom wynalazczy (tzn. nie wynikać w sposób oczywisty dla znawcy ze stanu techniki) i nadawać się do przemysłowego stosowania. Oprócz trzeciej, pudełko do pizzy nie spełnia żadnej z poprzednich przesłanek.
Pizza
Fot. George Grinsted

"Co ciekawe, projektanci wyrobili go nie w Polsce, ale... w Hiszpanii. - W Polsce musielibyśmy czekać trzy lata - mówi Michał. - W Hiszpanii za niewiele większe pieniądze wyrobiliśmy patent obowiązujący prawie w całej Unii. I uwinęliśmy się w sześć miesięcy! - cieszy się."
Tu kryje się jednocześnie rozwiązanie zagadki, jakie prawo chroni rzeczone pudełko. W hiszpańskim Alicante ma bowiem siedziba Urzędu ds. Harmonizacji Rynku Wewnętrznego (Znaki Towarowe i Wzory) - OHIM. Ten urząd należy do struktur Unii Europejskiej, a prawa udzielane przez niego to wspólnotowe znaki towarowe oraz wspólnotowe wzory przemysłowe. Obowiązujące oczywiście na terenie całej Unii, bo z prawa unijnego wynikające. Pudełko od pizzy jest takim właśnie wspólnotowym wzorem przemysłowym.

Według polskiej ustawy, wzorem przemysłowym jest nowa i posiadająca indywidualny charakter postać wytworu lub jego części, nadana mu w szczególności przez cechy linii, konturów, kształtów, kolorystykę, strukturę lub materiał wytworu oraz przez jego ornamentację. Służy zatem ochronie rozwiązań z zakresu designu, a jego celem jest ochrona przed podróbkami z rodziny Adidos.

Prawem ochronnym dla pudełka od pizzy powinien być natomiast wzór użytkowy, którym jest nowe i użyteczne rozwiązanie o charakterze technicznym, dotyczące kształtu, budowy lub zestawienia przedmiotu o trwałej postaci. Plusy swojego pudełka w rozwiązaniu technicznym, a nie designie, dostrzegają sami twórcy, pisząc na stronie:
Zainteresowani nowościami technologicznymi stworzyliśmy innowacyjny karton na pizzę. Kierując się wyznacznikami optymalizacji jakościowej wprowadziliśmy nietypowe modyfikacje, które spotkały się ze sporym entuzjazmem na rynku odbiorców.
Kolejne pytanie - dlaczego w Hiszpanii, a nie w Polsce? Można bowiem dokonać zgłoszenia wspólnotowego wzoru za pośrednictwem Urzędu Patentowego RP. Ochrona trwa od chwili zgłoszenia - więc czas trwania postępowania nie powinien mieć znaczenia. Składanie wniosku bezpośrednio w Hiszpanii powinno być też... tańsze! A nie droższe, jak sugeruje artykuł. UPRP pobiera bowiem swoją opłatę za przekazanie wniosku, a OHIM - swoją. Może chodziło o wynagrodzenie rzecznika patentowego?

Kończąc temat błędów z artykułu:
Projekt opakowania ma już patent obowiązujący przez 20 lat na terenie niemal całej Unii Europejskiej.
Trzy w jednym zdaniu. Nie patent. Nie niemal. I nie 20 lat - tylko 25. Wspólnotowy wzór przemysłowy uzyskuje ochronę na 5 lat, którą można odnawiać na kolejne pięcioletnie okresy, aż do 25 lat.

Czytelnicy dostrzegli natomiast inny problem. Otóż, rozwiązanie zaprezentowane w artykule było dość głośne w USA kilka lat temu.

Wzór przemysłowy, aby uzyskać ochronę, musi być "nowy". Co to oznacza? Dokładnie to, co w języku potocznym. To znaczy, że "identyczny wzór nie został udostępniony publicznie, z wyjątkiem przypadków, gdy wydarzenia te nie mogły stać się dostatecznie znane podczas zwykłego toku prowadzenia spraw środowiskom wyspecjalizowanym w danej branży, działającym we Wspólnocie." Przywołując orzeczenia sądów (II SA 3487/01; VI SA/Wa 118/07; za komentarzem A. Kostańskiego):
"W celu zniweczenia przymiotu nowości wystarcza stworzenie możliwości zaznajomienia się z wynalazkiem (wzorem użytkowym) w taki sposób, aby przeciętny specjalista mógł na tej podstawie stosować wynalazek (wzór użytkowy) (...) jest kwestią całkowicie obojętną (...) czy i jak szerokie grono osób rzeczywiście zaznajomiło się z tą informacją lub jak szerokiemu gronu osób możliwość taką stworzono. (...) Decydujący jest fakt powszechnej dostępności do informacji o wzorze, a nie stwierdzenie, że ktokolwiek to uczynił czy też taki wzór znał."
Czy specjaliści od pizzy w Unii nie słyszeli o rozwiązaniu amerykańskim? Najwyraźniej nie, gdyż prawo ochronne zostało udzielone. A co to oznacza dla młodych biznesmenów? Przykrą odpowiedź przynosi Artykuł 24 Rozporządzenia Rady (WE) nr 6/2002 z dnia 12 grudnia 2001 r. w sprawie wzorów wspólnotowych:
Wzór wspólnotowy uważa się za nieważny na wniosek złożony w Urzędzie, zgodnie z postępowaniem według tytułów VI i VII lub z powództwa wzajemnego przez sąd do spraw wzorów wspólnotowych w postępowaniu o naruszenie.
Przekładając na język bardziej ludzki - ponieważ wzór nie jest nowy, jeśli obecni uprawnieni będą chcieli realizować swoje prawa (np. konkurencja zacznie produkować takie pudełka bez ich zgody) i wystąpią do sądu o ochronę, druga strona będzie mogła podnieść taki zarzut, a wzór zostanie unieważniony.

wtorek, 8 stycznia 2013

Lizaki COCK SUCKER ®

W Niemczech przed świętami rozegrał się pierwszy etap wojny patentowej na rynku słodyczy, a w tym samym czasie w USA ta sama branża żyła historią... lizaków COCK SUCKER.

Historia swój początek ma w roku 1979, kiedy to Marsha Fox rozpoczęła sprzedaż czekoladowych lizaków w kształcie koguta, którym nadała intrygującą nazwę Cock Sucker. Nazwę tę można tłumaczyć dwojako. Z jednej strony, "cock" można tłumaczyć jako "kogut", a "sucker" jako "lizak". W tym przypadku nazwa byłaby raczej nudna i opisywała po prostu produkt. Z drugiej jednak strony - co znawcy wulgarnej angielszczyzny zdążyli już zauważyć - "cock" jest wulgarną nazwą dla "penisa", a "sucker" oznacza też osobę wykonującą czynność ssania (ale także "frajera"). Natomiast słowo "cocksucker" jest wulgarnym określeniem osoby wykonującej fellatio i jest używane również jako wyzwisko.

Biznes związany ze sprzedażą lizaków szedł Marshy Fox tak dobrze, że postanowiła ona w 2001 roku zarejestrować nazwę handlową "Cock Sucker", jako znak towarowy dla wyrobów cukierniczych. Znak miał mieć postać słowno-graficzną i składać się z nazwy oraz wizerunku koguta. Zgłaszająca znak zwracała uwagę, że sprzedaż lizaków odbywa się w sklepach spożywczych, przy wykorzystaniu motywów wystawowych w postaci ferm kurzych i koszyków z jajkami, co miało wywoływać skojarzenia z wiejskim charakterem okolicy, w której lizaki są dostępne w sprzedaży. Co więcej, drużyny sportowe okolicznych szkół - University of South Carolina i Jacksonville State University - wykorzystują motyw koguta, jako maskotki Gamecock.

Argumenty te nie przekonały eksperta z amerykańskiego urzędu patentowego, który uznał że znak towarowy zawiera określenie niemoralne i skandalizujące, a co za tym idzie, nie powinien on uzyskać ochrony prawnej. W trakcie prowadzonej od tego czasu dyskusji w kolejnych pismach obu stron, eksperci nie przystali także na argumentację, że wykorzystanie znaku w konkretnym kontekście i produkcie nie pozwala na skojarzenie określenia "Cock Sucker" z wulgarnym "cocksucker" i dla każdego konsumenta będzie czytelne, że chodzi o lizaka w kształcie koguta. Jak podnosiła zainteresowana, gdyby taką nazwę nadała swetrom, rzeczywiście byłoby to niemoralne. W jej przypadku, nazwa odzwierciedla tylko rzeczywisty produkt. Uznano jednak, że wydźwięk tych dwóch słów ma tak silne konotacje z ich wulgarnym rozumieniem, że nawet wykorzystanie nazwy przy produkcji słodyczy w postaci kogutów, nie pozbawia jej wulgarności. Do tej argumentacji przychylił się ostatecznie sąd odwoławczy.


Niedoszły znak towarowy dla lizaków w kształcie koguta

Czy taki znak mógłby być zarejestrowany w Polsce? Art. 131 ustawy Prawo własności przemysłowej mówi, że "nie udziela się praw ochronnych na oznaczenia, które są sprzeczne z porządkiem publicznym lub dobrymi obyczajami". Podobnie zatem jak w Stanach Zjednoczonych, konieczna byłaby ocena konkretnego przypadku. Prawdopodobnie, gdyby znak miał być tak czytelny, jak w angielskim jest słowo "cocksucker", do rejestracji by nie doszło. Tym bardziej, że w wyroku z dnia 25 października 2010 r.(VI SA/Wa 1367/2009) WSA w Warszawie stwierdził, że:

Interpretacja powyższego przepisu nie może ograniczać się do oceny samego znaku, jego treści i formy przedstawieniowej. Obok elementów treściowych należy uwzględnić również inne okoliczności. Nie tylko sam przedmiot zgłoszonego znaku towarowego, ale także określone działania i ich zamierzony przez zgłaszającego skutek mogą zawierać w sobie elementy sprzeczne z porządkiem publicznym lub dobrymi obyczajami. Porządek publiczny to pojęcie o szerokim zasięgu znaczeniowym, zawierające w sobie wiele kategorii, w tym kategorię zasad współżycia społecznego, a zatem pewnych norm moralnych i zwyczajowych, których przestrzeganie leży w interesie społeczności.

Nie ma zatem możliwości rejestracji znaku, który byłby wulgarny, dotyczył promocji narkotyków itp.

PS. Wyrok sądu apelacyjnego w sprawie lizaków znajduje się tutaj. Złośliwi komentatorzy zauważyli też, że sędzia orzekający w sprawie nosi nazwisko Dyk - co miałoby mieć wpływ na jego ogląd sprawy.

niedziela, 6 stycznia 2013

Depozycjonowanie konkurencji jest nielegalne

Kogo nie ma na pierwszej stronie wyszukiwań Google - ten w Internecie w zasadzie nie istnieje. Stąd bardzo popularne są tzw. usługi SEO, czyli "pozycjonowanie" stron internetowych, których zasadniczym celem jest ulokowanie strony www klienta na jak najwyższej pozycji w wyszukiwarce. Choć metoda, według której Google dobiera wyniki na pierwszą stronę nie jest jawna, to jej ogólne założenia są znane.

Zasadniczo,trafność strony w stosunku do haseł wyszukiwanych jest uzależniona od liczby innych stron (najlepiej o zbliżonej tematyce), które daną stronę cytują. W świecie Internetu cytat związany jest przede wszystkim z linkowaniem. I to jest właśnie jedna z metod pozycjonowania stron – umieszczanie linków na tzw. „farmach linków”, czyli stronach, których jedynym celem jest uwiarygadnianie innych stron. Oczywiście, Google rozpoznaje (automatycznie i za pomocą swoich pracowników), czy dana strona nie jest przypadkiem wyłącznie „farmą” i w przypadku, gdy tak właśnie uzna, taka "farma" może zostać nawet wyrzucona z wyników wyszukiwania, a z pewnością znajdzie się o wiele pozycji niżej. Wpływa to również negatywnie na pozycję stron, do których "farma" kierowała.

To otwiera drogę do nieuczciwych działań rynkowych, polegających na celowym naruszaniu regulaminu Google, ale... przy wykorzystaniu strony internetowej konkurencji. W ten sposób dochodzi do „depozycjonowania”, czyli usuwania takiej strony z pierwszych stron wyników w Google, co automatycznie powoduje przesunięcie własnej strony na wyższą pozycję.

Depozycjonowanie jest nie tylko nieuczciwe – w sensie moralnym, ale – jak dowodzi dr Piotr Kostański na blogu dot. tematyki SEO, stanowi także naruszenie prawa.

Czynem nieuczciwej konkurencji stypizowanym w art. 15 u.z.n.k. jest utrudnianie innym przedsiębiorcom dostępu do rynku. Ustawodawca tylko przykładowo wskazuje, że utrudnianie takie może następować m.in. poprzez działanie mające na celu wymuszenie na klientach wyboru jako kontrahenta określonego przedsiębiorcy lub stwarzanie warunków umożliwiających podmiotom trzecim wymuszanie zakupu towaru lub usługi u określonego przedsiębiorcy, co może polegać w szczególności na ograniczeniu w istotny sposób lub wyłączeniu możliwości dokonywania przez klienta zakupu u innego przedsiębiorcy.

Z zastrzeżeniem, że takiej ochrony można domagać się tylko w stosunkach pomiędzy przedsiębiorcami (a więc gdy naruszającym prawo, jak i poszkodowanym są przedsiębiorcy), depozycjonowanie z pewnością stanowi wskazany wyżej czyn nieuczciwej konkurencji.

Dopiero po ewentualnym uznaniu, że opisana praktyka nie stanowi utrudnienia dostępu do rynku, należy rozważyć jej ocenę w świetle klauzuli generalnej z art. 3 ust. 1 u.z.n.k. Zgodnie z tym przepisem czynem nieuczciwej konkurencji jest działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża lub narusza interes innego przedsiębiorcy lub klienta.

Jak podkreśla dr Kostański, „dla zaistnienia czynu nieuczciwej konkurencji nie jest konieczne wykazanie winy czy zamiaru naruszyciela (tak Sąd Najwyższy w wyroku z 1.12.2004 r., III CK 15/04)”. Oznacza to, że wystarczy wykazać, że do praktyki „depozycjonowania” w ogóle doszło, aby mieć prawo żądania:
1) zaniechania takich działań;
2) usunięcia ich skutków (skoro skutkiem jest obniżenie pozycji w wyszukiwarce, można rozważać żądanie przeprowadzenia prawidłowego pozycjonowania)
3) złożenia jednokrotnego lub wielokrotnego oświadczenia – publicznego lub wobec obsługującego wyszukiwarkę;
4) naprawienia wyrządzonej szkody;
5) wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści;
6) zasądzenia odpowiedniej sumy pieniężnej na określony cel społeczny związany ze wspieraniem kultury polskiej lub ochroną dziedzictwa narodowego – jeżeli czyn nieuczciwej konkurencji był zawiniony.

Oszacowanie szkody może być problematyczne, ale w praktyce jeszcze trudniejsze będzie samo udowodnienie, że praktyka „depozycjonowania” miała w ogóle miejsce, a jej sprawcą jest konkurent. Jednak nawet jeśli nie posiadamy dowodów, odpowiednio skonstruowane pismo do strony przeciwnej, może zadziałać dyscyplinująco.

Ww. wymienione roszczenia przedawniają sięz upływem trzech lat, a więc tyle czasu ma przedsiębiorca, aby dochodzić swoich praw przed sądem. Warto zaznaczyć przy tym, że te trzy lata liczone są od chwili zakończenia nieuczciwych praktyk, a więc – w przypadku, gdy niekorzystnie umieszczone linki ciągle w Internecie widnieją, bieg przedawnienia nie rozpocznie się lub będzie liczony dla każdego dnia naruszenia oddzielnie.


Nieuczciwe wpływanie na wyniki wyszukiwania może się wiązać z reakcją konkurencji

Jeśli naruszający nie jest przedsiębiorcą i depozycjonuje stronę internetową związaną z naszą działalnością, ochrony należy szukać na gruncie dóbr osobistych. W skład adresu internetowego wchodzi najczęściej firma (nazwa), a jak stwierdził Sąd Apelacyjny w Poznaniu w wyroku z dnia 22 października 1991 r. (I Acr 400/90):

Firma, pod którą prowadzi swoje przedsiębiorstwo powód, ma w stosunkach prawnych, w jakie wchodzi, takie znaczenie, jakie dla osoby fizycznej przedstawia jej nazwisko. Firma indywidualizuje osobę prawną.

Można zatem oczekiwać wzmożonej ochrony firmy i niedopuszczania do prezentowania jej w niekorzystnym (tu technicznie) kontekście. Podobnie w dniu 2 marca 2010 roku wypowiedział się Sąd Okręgowy w Białymstoku (sygn. akt I C 2179/09), gdzie sprawa dotyczyła przywłaszczenia domeny tygodnikpowszechny.pl i prezentowania na niej reklam. Warto przy tym pamiętać, że Sąd Najwyższy uznał już za dobro osobiste nick (pseudonim internetowy) w wyroku z dnia 8 sierpnia 2008 roku (II CSK 539/07), skąd droga do uznania za takowe adresu internetowego jest już krótka.

środa, 2 stycznia 2013

Słodka wojna patentowa - Haribo v. Lindt (Goldbären)

18 grudnia 2012 roku Sąd Okręgowy w Kolonii (Landgericht Köln) stwierdził, że można naruszyć czyjeś prawo do słownego znaku towarowego (tu: słowo "Goldbären", tzn. "złote niedźwiadki" dot. żelków produkowanych przez Haribo) poprzez... stworzenie trójwymiarowego przedmiotu (towaru handlowego) (tu: w postaci czekoladowego misia w złotej folii (złotym sreberku?) produkowanego przez Lindt), który w przekonaniu sądu jest "wizualną reprezentacją" znaku słownego.


Fot. dapd
http://www.sueddeutsche.de
Który złoty niedźwiadek jest prawdziwy?


Nie przeszkodził sądowi fakt, że Haribo produkuje żelki, a nie wyroby czekoladowe. Nie przekonywujący okazał się fakt, że Lindt ma już wielkanocną serię złotych króliczków, których podobnie pakowany niedźwiadek jest uzupełnieniem. Sąd oparł się natomiast o renomę znaku "Goldbären", a więc przyznał, że niemiecki konsument mówiąc "złoty niedźwiadek" myśli o Haribo. Tym samym, chcąc kupić w sklepie "złotego niedźwiadka", może - w ocenie sądu i powoda - omyłkowo włożyć do koszyka czekoladową figurkę, a nie paczkę żelków, na którą miał tak naprawdę ochotę.

Wyrok zapadł w pierwszej instancji, bardzo prawdopodobne jest zatem, że nie utrzyma się w kolejnej. Sprawa byłaby jedynie anegdotą, gdyby nie fakt, że z wyrokiem tym łączył się zakaz dystrybucji czekoladowych miśków. Na tydzień przed Bożym Narodzeniem.

Rok 2012 stał pod znakiem wojen patentowych pomiędzy Apple i Samsungiem. Czy kolejny rok przyniesie kolejne zaskakujące rozstrzygnięcia w innych branżach?


http://joyreactor.com
- Wysoki sądzie, jeśli oddalę się na 10 stóp i będę zezował na oba produkty jednocześnie, to lodówka wygląda zupełnie jak iPad! Może łatwo dojść do...
-Przyznaję. Sprzedaż tej lodówki jest od teraz zakazana.